Rozdział III - Lato

Na Monte

Grzegorz Hajduk: Areszt śledczy w Krakowie w latach Polski „ludowej” i obecnie, jest przy ul. Montelupich 7. Ulicę nazwano ku pamięci włoskiej rodziny kupiecko-bankierskiej Montelupich, przybyłej do Krakowa w XVI w., m.in. założycieli pierwszej poczty w Rzeczypospolitej; w Krakowie pozostał po nich dwór, późniejsza siedziba Radia Kraków oraz kamienica na Rynku Głównym pod nr 7, tzw. Dom Włoski. Od 1905 r. funkcjonował tam, przeniesiony z Wawelu przez władze austriackie, Rejonowy Sąd Wojskowy. Na mocy rozkazu ministra spraw wojskowych z 29 października 1919 r. powstało tam także wojskowe więzienie śledcze.

więcej (strony 332-388) – pobierz

 

Rozdział III - Lato

Samoobrona

Letnia przerwa w manifestacjach, która nastąpiła po burzliwej wiośnie w Krakowie, została pracowicie wykorzystana przez radykalną młodzież. Przygotowywano się do podjęcia samoobrony wobec brutalnych interwencji ZOMO, rozbijających pokojowe manifestacje. Przygotowania i eksperymenty, mające na celu – choć częściowe – wyrównanie sił obu stron, były kontynuowane także jesienią 1982 oraz w 1983 roku. Działania te były prowadzone zarówno przez młodzież konfederacką (grupy, w których uczestniczyli Jerzy Mohl oraz Grzegorz Hajdarowicz), jak i przez środowiska niezrzeszone – z których niektórzy trafili potem do KPN (np. Maciej Gawlikowski i Krzysztof Kopeć). Nie ulegało wątpliwości, że przewaga fizyczna była po stronie zomowców i młodzież licealna czy studenci nie mieli żadnych szans w bezpośredniej konfrontacji z dobrze wyćwiczonymi i uzbrojonymi funkcjonariuszami.

Artur Mohl: Nie byliśmy dla zomowców partnerami do walki. To były wypasione byki. Mieli świetną kondycję. Ja ważyłem ok. 60 kg. Tyle samo ważył Marek Bik czy Grzesiek Hajdarowicz. Jak taki zomowiec któregoś nas uderzyłby pięścią, to chyba by zabił. Jedynym wyjątkiem wśród nas był Grzesiek Pirowski, który ważył ze 130 kg i był wysportowany. On jeden z nas mógł z nimi się mierzyć! No i robotnicy z Nowej Huty – ci też mieli masę i siłę! Dodatkowo robili sobie na walcowni metalowe pały i parytet był wtedy zachowany! Nie było też żadnych szans na to, aby demonstranci dysponowali sprzętem, który mógłby stanowić przeciwwagę dla armatek wodnych i wozów opancerzonych. Trwały jednak poszukiwania środków, które byłyby w stanie zatrzymać lub zniszczyć armatki, skoty, budy czy suki. Takim najprostszym środkiem wydawały się koktajle Mołotowa, czyli butelki z mieszanką zapalającą. Były ich dwa rodzaje – butelka napełniona benzyną i zatkana szmatą, którą należało zapalić bezpośrednio przed rzutem, albo butelki z benzyną i z substancją samozapalającą. Te drugie było trudniej wykonać, ale były one bezpieczniejsze (mniejsze ryzyko zapalenia się osoby rzucającej, ręce nieśmierdzące benzyną – co było ważne w razie wpadki) oraz skuteczniejsze (płonąca butelka była lepiej widoczna dla przeciwnika).

Grzegorz Hajdarowicz: Koktajle Mołotowa robiliśmy sami. Na początku to nie wyszło, bo użyliśmy ropy, a nie benzyny. Ja się nie znałem na tym, nie miałem samochodu, nie wiedziałem, że ropę jest trudniej zapalić niż benzynę. Benzynę załatwiał mój kolega z podstawówki – Paweł Wątroba z Gorlic. Miał dojście do jakiegoś warsztatu samochodowego. Nie stosowaliśmy samozapłonu. Wystarczała szmata, którą zatykaliśmy szyjkę butelki i zapałki.

więcej (strony 442-450) – pobierz