Czytam „Gaz na ulicach” i zastanawiam się: po co mi to wszystko wiedzieć? Czy cokolwiek z tego, co tam opisano, wynika dla naszej rzeczywistości? Dla mojego życia? Dla naszych realiów społeczno-politycznych? 

Zacznijmy od retrospekcji. Na początku III RP miałem nieledwie trzynaście lat i życie społeczno-polityczne poznawałem przede wszystkim z radiowej Trójki i ostentacyjnie czytanego przez Tatę „NIE”. Gdybym miał określić swoje ówczesne poglądy, to raczej przez pryzmat tego, kogo uważałem za „oszołomów”. Do oszołomów należałoby zaliczyć właściwie wszystkich o poglądach prawicowych, albo/i chadeckich, albo/i niepodległościowych (w tym i KPN). Osobną działkę stanowili zwolennicy JKM, w tym moi dwaj starsi kuzyni, czytelnicy „Najwyższego Czasu”. Do tej grupy żywiłem pewną niechęć pomieszaną z zaintrygowaniem. Dziś mogę z całą pewnością powiedzieć, że kochani kuzyni (z których jeden jest dziś lekarzem w Lesznie, drugi działa na styku państwowego i prywatnego przy niemieckiej granicy) byli mi „klasowo obcy”, choć przez więzy krwi bardzo bliscy. ;-)

Normę stanowiło dla mnie właściwie liberalne centrum, choć – do pewnego momentu – politycznie i mentalnie najbliżej było mi do cynicznych felietonów Urbana i jego – z perspektywy czasu – obrzydliwych Wigilii jakie urządzał ubogim. Do postkomunistów jako formacji miałem stosunek raczej niechętny: z jednej strony, z racji własnych i bezpartyjnych Rodziców doświadczeń wiedziałem, że są to obleśne „przechrzty”, z drugiej wydawali mi się normalniejsi od „całej tej bandy narodowo-katolickich oszołomów”.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że miałem właśnie 13 lat, nikt z moich bliskich nie angażował się w opozycję (ba, Mama, zirytowana faktem, że raptem niemal wszyscy nauczyciele przepisują się do „Solidarności” lojalnie pozostała w ZNP; znając lokalne środowisko, uważam jej decyzję za słuszną), a dzieciństwo na wsi skutecznie chroniło przed „wielką polityką”.

Tu długi przeskok. Mniej więcej w roku 1998, albo 1999 jako „ksiądz scholastyk” (czyli zwykły kleryk) Towarzystwa Jezusowego zapisałem się na listę dyskusyjną „Ciemnogród”, a później z częścią secesjonistów przeszedłem na „Zaścianek”. Wtedy poznałem ludzi, którzy do dziś – przede wszystkim via facebook – jakoś mi towarzyszą (i dobrze mi z tym). Wtedy też, przy okazji jednej z krakowskich dewirtualizacji poznałem Macieja Gawlikowskiego. Zaczęło się od tego, że Maciek wytłumaczył mi przez telefon, co to jest „Zwis” i dlaczego właśnie tam powinniśmy się spotkać na kawie. Siedzieliśmy z Waldkiem Dworakowskim i chyba jeszcze z Andrzejem Garapichem w zwisowym ogródku, gdy nagle zdyszany, z kamerą, dopadł jak burza do stolika Maciej. Rzecz jasna narobił tumultu i „przejął dyskusję”. Później miałem okazję pogadać jeszcze z Maciejem osobiście i powoli, bardzo powoli zaczęło do mnie docierać, że ten raptem 10 lat ode mnie starszy facet „za komuny” działał w opozycji. Wtedy też dotarło do mnie, że był/jest KPN-owcem, co kompletnie nie pasowało mi do jego wizerunku (KPN-owiec powinien być przecież nawiedzonym oszołomem, albo przynajmniej zgorzkniałym frustratem).

Więcej na blogu Krzysztofa „Consolamentum” Wołodźki