„Dziennik Polski”, 14.12.2011 r.

Tysiąc stron o wydarzeniach w Krakowie

Rozmowa z Maciejem Gawlikowskim, dziennikarzem, byłym opozycjonistą i działaczem Konfederacji Polski Niepodległej, współautorem książki „Gaz na ulicach”.

 

 

 

Na blisko 1000 stronach wspólnie z Mirosławem Lewandowskim opisuje Pan wydarzenia rozgrywające się w Krakowie w latach 1981-1982. Stan wojenny w Małopolsce nie został do tej pory dostatecznie opisany?

Zdecydowanie nie. Minęło ponad 20 lat od końca PRL-u, a do tej pory nie powstała żadna monografia o stanie wojennym oraz działalności podziemnej „Solidarności” czy Niezależnego Zrzeszenia Studentów w naszym regionie. Dlatego w naszej książce dość szeroko opisujemy wydarzenia z tamtego okresu. Przez lata prowadziliśmy żmudną pracę badawczą, chwilami nawet można powiedzieć śledczą, w której dokumenty zgromadzone przez Służbę Bezpieczeństwa konfrontowaliśmy z relacjami uczestników tamtych wydarzeń i świadków, także funkcjonariuszy SB oraz Wojskowej Służby Wewnętrznej. Opisaliśmy panoramę całej opozycji, nie tylko Konfederacji Polski Niepodległej i innych środowisk niepodległościowych. Napisaliśmy znacznie więcej niż zamierzaliśmy, bo wiele ważnych rzeczy do tej pory nie zostało jeszcze poruszonych.

Na przykład działalność Tajnych Współpracowników Celnych?

Tak, jako pierwsi opisujemy metody, którymi posługiwała się sekcja krakowskiej bezpieki działająca w aresztach i ośrodkach internowania. To była wyjątkowo podła część działalności agenturalnej.

Na czym ona polegała?

TWC to najczęściej byli kryminaliści, którzy zamiast siedzieć w więzieniach, trafiali do aresztów śledczych i najczęściej udając więźniów politycznych poddawali działaczy opozycyjnych dalszej „obróbce”, np. nakłaniali ich do wysyłania grypsów, które SB miała pod ścisłą kontrolą i prowokowali do zwierzeń. Gdy to nie skutkowało – zdarzały się pobicia. To był cały wachlarz paskudnych, ale niezwykle skutecznych metod. Po całym dniu męczących przesłuchań opozycjonista wracał do celi i kiedy myślał, że może wreszcie głęboko odetchnąć, SB rozpoczynała swoją misterną grę. Zdarzało się, że ludzie, którzy na przesłuchaniach nie pisnęli nawet słowa i wygrywali walkę z bezpieką, dawali się podpuścić w celi swoim współwięźniom i nieświadomie zdradzali ważne informacje oraz plany, które szkodziły wielu osobom.

Analizując dokumenty SB i rozmawiając ze świadkami wydarzeń sprzed 30 lat trafił Pan na coś, co pana szczególnie zaskoczyło?

Było kilka takich rzeczy. Na przykład przez wiele lat byliśmy przekonani, że jeden z młodych chłopaków drukujących kapeenowską bibułę w 1982 roku wsypał wiele osób. To była wiedza powszechna w środowisku, przemawiały za tym protokoły przesłuchań udostępniane przez IPN. Dopiero nasze żmudne badania pokazały, że prawda jest zupełnie inna. Okazało się, że on nie podawał bezpiece żadnych nowych informacji, a jedynie podczas przesłuchań potwierdzał te, które ona już miała. To ma zupełnie inny wymiar gatunkowy.

W książce powołuje się Pan na relacje nie tylko osób z kręgów opozycyjnych, ale także na funkcjonariuszy SB. Nie jest chyba łatwo rozmawiać z osobami, przez które kiedyś było się prześladowanym?

Nie traktowałem tego w ten sposób. Starałem się podchodzić do tego na chłodno, by uzyskać jak najwięcej informacji. Gdyby się podchodziło do tego emocjonalnie, to można byłoby zwariować. Poruszające były natomiast nasze rozmowy z wieloma znajomymi z tamtych lat. Rozmawiało się dotychczas o stanie wojennym, ale dość powierzchownie. Teraz wielu się przede nami otworzyło i opowiadało, co wtedy czuło i przeżywało.

Rozmawiał Maciej Pietrzyk

 


Zobacz wywiad w Dzienniku Polskim